Guy Ritchie to postać znana w środowisku filmowym przestępczym. Jest znany z tak pamiętnych przestępstw, jak akcje o kryptonimach „Porachunki” i „Przekręt”. Po paru nieudanych skokach (które złośliwi wiążą z romansem z pewną Madonną) wrócił do formy „Rock N’ Rollą”. „Sherlock Holmes” różni się jednak mocno od poprzednich włamań, popełnionych w stylu brytyjskim, z brytyjskimi aktorami, brytyjskim akcentem i brytyjskim humorem. W tym skoku widać wpływ największego syndykatu zbrodni półświatka, czyli Hollywoodu.

Przejdźmy jednak do szczegółowej analizy sprawy. Warto zaznaczyć, że fabuła jest oparta nie na powieściach Arthura Conana Doyle’a, a na komiksie Michaela Roberta Johnsona, co ma duży wpływ na plan włamania. Sherlock Holmes to genialny detektyw, który dzięki niebywałym zdolnościom dedukcyjnym, urokowi osobistemu i kilku solidnym argumentom w stylu zaciśniętej pięści potrafi rozwikłać każdą zagadkę. Nieoceniona jest pomoc jego przyjaciela, Doktora Watsona. Właśnie zakończyli ostatnią wspólną sprawę – pojmali okultystę, Lorda Blackwooda, który zostaje powieszony. Ostatnią, gdyż Watson się żeni. Jednak sytuacja wymyka się spod kontroli, gdy Lord Blackwood powstaje z grobu i zaczyna realizować plan zdobycia (a jakże) władzy nad światem. Na to bohaterowie nie mogą pozwolić, a we wszystko wplątana jest jeszcze urocza złodziejka…
Wydawało mi się, ażeby zakończyć sprawę „Sherlocka Holmesa” będę zmuszony wykorzystać całe swe doświadczenie i wytężyć wszystkie siły. Niestety, tu spotkał mnie srogi zawód, gdyż sposób, w jaki przestępstwo zostaje przeprowadzone, jest płytki i przewidywalny. Nie brakuje co prawda efektownych pościgów, wybuchów czy walk na pięści, miecze i pistolety, jednak brakuje najważniejszego – nieprzewidywalności. Poprzednie zbrodni Ritchiego powalały nieprawdopodobnymi ciągami zdarzeń, nad którymi reżyser mistrzowsko panował. Tu bardzo tego brakuje. Wytarte zostały setki klisz, którym próbowano dodać blasku tanim efekciarstwem. No, może nie tanim, gdyż do aspektów technicznych kradzieży nie można się przyczepić. Efekty specjalne są świetne, XIX wieczny Londyn brudny i robiący wrażenie, a muzyka idealnie podkreśla sytuację na ekranie. Jednak gdy śledczy jest w stanie odgadywać kolejne punkty fabuły, to znaczy, że coś jest nie tak. Wina leży też po stronie dystrybutorów, gdyż niebywale efektowne trailery miast zostawić nieważne ślady, podały na srebrnej tacy najważniejsze punkty kulminacyjne filmu przestępstwa.

Osobno należy przeanalizować współpracowników Ritchiego. Robert Downey Jr. jest świetny jako zblazowany, wyszczekany i nieludzko bystry detektyw. Widać jednak, że dużo czerpał od innego geniusza zbrodni, czyli Hugh Lauriego, znanego lepiej pod pseudonimem Doktor House. Godnie partneruje mu Jude Law, natomiast lekko zawodzi Mark Strong w roli Blackwooda (zwłaszcza po jego popisowej Rock N’ Rolli). Natomiast Rachel McAdams w roli Irene jest przede wszystkim śliczna i męska część gapiów z pewnością będzie wyczekiwała na każde jej pojawienie się na ekranie.
Sprawa „Sherlock Holmes” zawiodła moje oczekiwania, co nie czynie jej jednak złym włamaniem. Nadzieję daje pewna powtórka, której plan jest już podobno gotowy. Mimo wszystkich wad, warto wybrać się do kina na ten efektowny, dający dużo przyjemności i nie angażujący umysłu włam. Brakuje lekkości poprzednich przestępstw Ritchiego, jest za to hollywoodzki przepych. Skok na grubą kasę się udał. Ale styl kradzieży nie wejdzie do annałów zbrodni.





