sobota, 16 stycznia 2010

Przewidywalny geniusz


O sprawie znanej pod kryptonimem „Sherlock Holmes” słyszano już dawno. Ślady zostawiane przez mózg operacji, znanego policji jako Ritchie, Guy, wzbudziły moją ciekawość. Jednak po dokładnym zbadaniu uznałem, że mamy do czynienia nie ze skokiem stulecia, a jedynie stylowym włamaniem.

Guy Ritchie to postać znana w środowisku filmowym przestępczym. Jest znany z tak pamiętnych przestępstw, jak akcje o kryptonimach „Porachunki” i „Przekręt”. Po paru nieudanych skokach (które złośliwi wiążą z romansem z pewną Madonną) wrócił do formy „Rock N’ Rollą”. „Sherlock Holmes” różni się jednak mocno od poprzednich włamań, popełnionych w stylu brytyjskim, z brytyjskimi aktorami, brytyjskim akcentem i brytyjskim humorem. W tym skoku widać wpływ największego syndykatu zbrodni półświatka, czyli Hollywoodu.

Przejdźmy jednak do szczegółowej analizy sprawy. Warto zaznaczyć, że fabuła jest oparta nie na powieściach Arthura Conana Doyle’a, a na komiksie Michaela Roberta Johnsona, co ma duży wpływ na plan włamania. Sherlock Holmes to genialny detektyw, który dzięki niebywałym zdolnościom dedukcyjnym, urokowi osobistemu i kilku solidnym argumentom w stylu zaciśniętej pięści potrafi rozwikłać każdą zagadkę. Nieoceniona jest pomoc jego przyjaciela, Doktora Watsona. Właśnie zakończyli ostatnią wspólną sprawę – pojmali okultystę, Lorda Blackwooda, który zostaje powieszony. Ostatnią, gdyż Watson się żeni. Jednak sytuacja wymyka się spod kontroli, gdy Lord Blackwood powstaje z grobu i zaczyna realizować plan zdobycia (a jakże) władzy nad światem. Na to bohaterowie nie mogą pozwolić, a we wszystko wplątana jest jeszcze urocza złodziejka…

Wydawało mi się, ażeby zakończyć sprawę „Sherlocka Holmesa” będę zmuszony wykorzystać całe swe doświadczenie i wytężyć wszystkie siły. Niestety, tu spotkał mnie srogi zawód, gdyż sposób, w jaki przestępstwo zostaje przeprowadzone, jest płytki i przewidywalny. Nie brakuje co prawda efektownych pościgów, wybuchów czy walk na pięści, miecze i pistolety, jednak brakuje najważniejszego – nieprzewidywalności. Poprzednie zbrodni Ritchiego powalały nieprawdopodobnymi ciągami zdarzeń, nad którymi reżyser mistrzowsko panował. Tu bardzo tego brakuje. Wytarte zostały setki klisz, którym próbowano dodać blasku tanim efekciarstwem. No, może nie tanim, gdyż do aspektów technicznych kradzieży nie można się przyczepić. Efekty specjalne są świetne, XIX wieczny Londyn brudny i robiący wrażenie, a muzyka idealnie podkreśla sytuację na ekranie. Jednak gdy śledczy jest w stanie odgadywać kolejne punkty fabuły, to znaczy, że coś jest nie tak. Wina leży też po stronie dystrybutorów, gdyż niebywale efektowne trailery miast zostawić nieważne ślady, podały na srebrnej tacy najważniejsze punkty kulminacyjne filmu przestępstwa.

Osobno należy przeanalizować współpracowników Ritchiego. Robert Downey Jr. jest świetny jako zblazowany, wyszczekany i nieludzko bystry detektyw. Widać jednak, że dużo czerpał od innego geniusza zbrodni, czyli Hugh Lauriego, znanego lepiej pod pseudonimem Doktor House. Godnie partneruje mu Jude Law, natomiast lekko zawodzi Mark Strong w roli Blackwooda (zwłaszcza po jego popisowej Rock N’ Rolli). Natomiast Rachel McAdams w roli Irene jest przede wszystkim śliczna i męska część gapiów z pewnością będzie wyczekiwała na każde jej pojawienie się na ekranie.

Sprawa „Sherlock Holmes” zawiodła moje oczekiwania, co nie czynie jej jednak złym włamaniem. Nadzieję daje pewna powtórka, której plan jest już podobno gotowy. Mimo wszystkich wad, warto wybrać się do kina na ten efektowny, dający dużo przyjemności i nie angażujący umysłu włam. Brakuje lekkości poprzednich przestępstw Ritchiego, jest za to hollywoodzki przepych. Skok na grubą kasę się udał. Ale styl kradzieży nie wejdzie do annałów zbrodni.

piątek, 25 grudnia 2009

Hasta la vista, 2009!

Hohoho, wesołych świąt i tak dalej. Święta dały mi trochę oddechu przed masą nauki i podań na studia, więc wykorzystam to i odkurzę swojego bloga. Jako, że kończy się rok 2009, a ja w tym roku widziałem to i owo, pozwolę sobie opisać to i owo. Co zapamięta kinematografia z tego roku? Na pewno jedno – Avatara. Za parę dni już będę „po” tym (podobno) rewolucyjnym i (podobno) olśniewającym obrazie, i wtedy się dowiem, czy mamy rewolucję, czy tylko ewolucję. Pożyjemy, zobaczymy. A oto – podsumowanie filmowe 2009!

SUBIEKTYWNE TOP 10 FILMÓW:

Inglourious Basterds – Mam problem z tym filmem. Nie wywołuje u mnie takiego wystrzałowego orgazmu, jak „Pulp Fiction” czy „Wściekłe Psy”. Nie ślinię się na widok Christophera Waltza czy Brada Pitta. Nie cytuję go na każdym kroku. Jednak za każdym razem, gdy ktoś o nim wspomina, czuję ciepło na sercu. Gdy ktoś go obraża, bronię jak samica młode. Gdy o nim mówię, słowa same mi płyną z ust. To chyba znak, że Tarantino stworzył w końcu dzieło, które nie jest dobre tylko dlatego, że to „jego” film. Stworzył film, który dalej ma w sobie mnóstwo jego stylu, a jednocześnie broni się pod każdym innym względem. Jako film pełen akcji i długich, błyskotliwych dialogów. Przerysowanych postaci, które wcale nie wydają nam się nie na miejscu. Jako opowieść, i jako manifest Quentinowskiej miłości do kina. Wielki film.

Dom Zły – Nie widziałem jeszcze „Rewersu”, ale nie umiem sobie wyobrazić, żeby przebił „Dom Zły” Smarzowskiego, który jest dla mnie nawet nie polskim filmem roku, a najlepszym tworem polskiej kinematografii od… chyba „Wesela” Smarzowskiego właśnie. Genialnie zagrane, świetnie nakręcone, z pomysłem, i przede wszystkim ze świeżością, której tak czasami brakuje w polskim kinie. Film pokazuje tą stronę polskości, którą chcielibyśmy ukryć, którą notorycznie wyśmiewamy, a która jest nam bliska ponad nasze wyobrażenia. Przy okazji film rozlicza się z chaosem, który znajdował się w każdym aspekcie pozornie uporządkowanego życia w PRL-u. Uniwersalny, a jednocześnie głęboko osadzony w ojczystej rzeczywistości film. To według mnie jest powód, dla którego to „Rewers” jest nominowany do Oscara. Wyspiański po obejrzeniu mógłby powiedzieć – „…a to Polska właśnie, kur**”. Lektura obowiązkowa, acz zdecydowanie nie film dla każdego.

PS: Tak, według mnie nawiązania do Fargo i Tarantino są bardzo na miejscu, ale ludzie! Wy to źle interpretujecie!

Walc z Baszirem – Głęboko poruszający, nowatorski w formie dokument o masakrze dokonanej przez Izraelczyków w dwóch obozach w Libanie. Jeden z filmów, w których opis nie oddaje prawie nic. Trzeba zobaczyć. I poczuć.

Watchmen – 2009 to nie był zbyt łaskawy rok dla ekranizacji komiksów, jednak Watchmen to dziełko naprawdę wysokiej próby. Oparty na przełomowym komiksie Alana Moore’a i Dave’a Gibsona film mroził krew w żyłach fanów, którzy nie umieli sobie wyobrazić swojego Graala na srebrnym ekranie. Jednak X Muza ma swoją magię, i jak twórca „Martwicy Mózgu” zachwycił świat swoją interpretacją Tolkiena, tak solidny rzemieślnik Zack Snyder nakręcił naprawdę dobrą adaptację „Strażników”. W warstwie graficznej pozostał niewolniczo wierny oryginałowi, w warstwie fabularnej wprowadził parę niezbędnych zmian (które wcale nie są zmianami za gorsze!), zatrudnił niezłych aktorów (Rorschach <3)>

PS: Sekwencja z napisami na początku to prawdziwa perełka.

Milk – Gus van Sant to reżyser bardzo nierówny. Zdarzają mu się arcydzieła (Słoń), filmy bardzo dobre (Paranoid Park i Moje Własne Idaho) oraz straszne gnioty (Gerry). Milk mieście się w bardzo dobrych. Autentycznie przejmująca historia gejowskiego aktywisty, który zostaje pierwszym w historii homoseksualnym radnym porusza, acz wielka w tym zasługa Seana Penna (zasłużony Oscar), któremu partneruje świetny Josh Brollin.

Wojna Polsko-Ruska – „Polacy nie gęsi i swój język mają”. A tym językiem bawi się Dorota Masłowska. Książka, która niektórych odrzuca, a innych fascynuje została sfilmowana w sposób świetny. Z pazurem, z punkową energią. Daje do myślenia, a jednocześnie kopie w żołądek tzw. „zajebistością”. Brawo, panie Żuławski!

Koralina – Nie wiem, ile w tym obiektywizmu, a ile mojego bałwochwalczego uwielbienia dla wizji Neila Gaimana, ale historia Koraliny mnie urzekła. Świetnie wygląda, i mimo dziecięcej otoczki daje do myślenia. Lepsze niż cała tona naiwnych, disneyowskich gniotów z prostym morałem. Jednak tylko dla odważnych, inteligentnych dzieci, bo, kurna, ten film jest naprawdę nieźle straszny! Plus za kota.

Jeszcze nie Wieczór – Poruszający obraz o starości i jej wzlotach i upadkach. Plejada gwiazd polskich z nieco starszych roczników, z których niektórzy już zdążyli odejść. Potężny ładunek emocjonalny, i jak zagrane!

Radio na Fali – recenzję macie poniżej. Nic się nie zmieniło. Film dalej kopie zady.

Kac Vegas – To nie jest dobry film, za to rozrywka na poziomie ekstraklasy angielskiej. Spazmy śmiechu, jakie mnie spotkały na tym filmie warte są więcej niż tuzin egzystencjalnych gniotów i tanich romansideł. Nie dla każdego. Ale dla mnie – bomba.

NAJBARDZIEJ ŻAŁUJĘ, ŻE NIE WIDZIAŁEM…

Zapaśnika. Tak w zasadzie nie wiem, jak mogłem go jeszcze nie widzieć. Film, który zbiera świetne recenzje. Film, który wyreżyserował jeden z moich ulubionych twórców nowoczesnego kina, autor genialnego „Requiem dla Snu” i jeszcze lepszego „Pi”. Film, w którym (podobno) kreację życia stworzył Mickey Rourke, do którego mam wielki szacunek od czasów „Sin City”. Po prostu jakoś mi ten film uciekł, a potem o nim zapomniałem. Jedno z pierwszych zadań na Nowy Rok.

I Rewersu. I Białej Wstążki. I… Ale Zapaśnika najbardziej.

ZAWÓD ROKU:

Slumdog. Milioner z ulicy. – Filmów, które mnie zawiodły w tym roku, było sporo, ale większość to nadrabiane zaległości w klasyce. Natomiast Slumdog jest z tego roku, i zawiódł mnie strasznie. Nie jest to najgorszy film roku, ale NA BOGA! ON DOSTAŁ OSCARA ZA NAJLEPSZY FILM! A jest to film kiepski, z oczywistą fabułą, z jakimś tam urokiem i niezła realizacją, ale… już po wyjściu z sali kinowej nie pamiętałem 99% filmu. Słabo.

A ZAMIAST ŻYCZEŃ…

Top 5+1 filmów, na jakie czekam w Nowym, dwa tysiące już dziesiątym, Roku!

Youth In Revolt – film z Michaelem Cerą „Rated R”, gdzie gra jeszcze Steve Buscemi? To musi być dobre!

Kick-Ass – ślepnijcie na trailer, i jak dla mnie on z nazwiskiem Marka Millara wystarczy jako rekomendacja. Nawet pomimo Nicholasa Cage’a.

Drużyna A – yeah!

Inception – Nolan! DiCaprio! Cotilliard! Caine! Cillian Murphy! Ellen Page!

Sherlock Holmes – trailery i nazwisko Guya Ritchiego wystarczają mi w zupełności.

I na koniec…

THEY CALL HIM MACHETE. To będzie film roku. Nawet jeśli nie będzie.

Wszystkiego filmowego najlepszego!

A w prezencie… Wesołych świąt od Justina.



sobota, 7 listopada 2009

The Boat That Rocked



Idziesz ulicą i słuchasz muzyki. To takie naturalne, prawda? Odtwarzacz mp3, lans iPodem, kupowanie CD to już przejaw staromodności. A teraz przenieśmy się ponad 40 lat wstecz, w czasy, kiedy muzyki można było słuchać niemal wyłącznie w radiu i na nagrywanych płytach z drugiego obiegu. A były to czasy, w których słuchanie muzyki było czymś więcej niż zwykła przyjemnością. Wtedy muzyka, szykanowana przez władzę była sprzeciwem, buntem, wolnością. Natomiast bohaterami byli nie tylko wykonawcy, ale i DJ pirackich stacji, które półlegalnie nadawały ze statków zacumowanych na Morzu Północnym dla 25 milionów Brytyjczyków. Na taką właśnie krypę przenosi nas najbardziej rockowy film tego roku, „The Boat That Rocked” (polskie tłumaczenie jest tak żenujące, że go nawet nie przytoczę).

Głównym bohaterem filmu jest młody chłopak Carl (Tom Sturridge), który przybywa na łajbę „Radio Rock” po wydaleniu ze szkoły. Kapitanem jest jego ojciec chrzestny Quentin (Bill Nighy). Carl szybko zapoznaje całą ekipę Radio Rock – Amerykanina Counta (którego imię znaczy „Hrabia”, a gra go Philip Seymour Hoffman), grubego macho, Dr. Dave’a (Nick Frost), lekko bojaźliwego Simona (Chris O’Dowd) i parę innych indywiduów. Fabuła to najróżniejsze perypetie członków załogi, które są przeplatane scenami, w których konserwatywny do szpiku kości minister (Kenneth Branagh) szuka sposobu, aby uziemić radio…

Za najlepszą reklamę dla tego filmu niech służy osoba reżysera. Może nazwisko Richard Curtis nic wam nie mówi, za to jego filmy na pewno kojarzycie: „Cztery Wesela i Pogrzeb”, „Bridget Jones” czy „To właśnie miłość”. Przyznaję bez bicia, że jestem chorym fanem tego ostatniego filmu, który jest moją ulubioną komedią i zawsze poprawia mi humor. Curtis ma niezwykły talent bawienia się konwencją komedii, zręcznie balansuje między przesadą a banałem, dając niezwykły, komiczny efekt. Podobny schemat sprawdził się w „TBTB”. Reżyser miał tu wielkie pole do popisu, gdyż scenariusz dał mu galerię barwnych postaci. Poza wymienionymi wyżej DJ’ami mamy gwiazdorzącego Gavina, dość specyficznego Szalonego Kevina, dowcipnisia Angusa, starego hippisa Boba, lesbijkę-kucharkę Felicity czy Marka, „człowieka z największym seksapilem na planecie”. Pomysł i bohaterowie ciągną film lekko i bez oporów. Co prawda jest parę dłużyzn, ale generalnie jest super. Mamy mnóstwo charakterystycznych dla Curtisa scen, które kroczą niebezpiecznie w stronę ckliwego gówna, aby zaraz wykonać zwrot o 180 stopni i kompletnie zaskoczyć widza, wywołując wybuch śmiechu. Tak, jest zabawnie. Aktorstwo stoi na wysokim poziomie, ale czy można spodziewać się czegoś innego po Billu Nighym (znanym i kochanym za „To właśnie miłość”), Philipie Seymourze Hoffmanie (ten człowiek to kameleon!) czy Kennecie Branaghu? Cała reszta też daje radę. Do tego smakowitego dania mamy też najwyższej jakości przyprawy w postaci całej sterty konkretnego, rockowego grania. Sprawdźcie soundtrack.

Nie jest to film, który zmieni Wasze życia i wyposaży Was w nowy światopogląd. Jest to film, który skopie wam tyłki i da 2 godziny świetnej zabawy w rockowym stylu. Rock&Roll, dudes!

piątek, 23 października 2009

Gdzie Gaiman nie może, tam Careya pośle.


Każdy chyba słyszał o zakazie straszenia dzieci diabłem na lekcjach religii. Bo przecież szatan to samo zło, w najczystszej postaci! Czerwony, z widłami i rogami, smaży grzeszników w kotłach. Jest jednak wiele dzieł, które pokazują Lucyfera nieco inaczej. „Faust” Goethego, Dante i „Boska Komedia”, John Milton i „Raj Utracony”, Michaił Bułhakow i „Mistrz i Małgorzata” – chyba wystarczy.

Po takim wstępie zapewne profanacją dla połowy Czytelników będzie fakt, że dzisiaj będę opisywał komiks. Przeważnie bo takiej herezji autor ma dwa zdania, zanim Czytelnicy nie przewrócą kartki. Tak więc, z grubej rury – moi kochani, zakończcie utożsamianie komiksów z „Kaczorem Donaldem”, „Tytusem, Romkiem i A’Tomkiem” czy „Kapitanem Żbikiem”. Komiks to również forma sztuki. Kropka. A najlepszym, moim zdaniem, tego dowodem jest seria „Sandman”. Historia Władcy Snów, stworzona przez angielskiego pisarza Neila Gaimana zrewolucjonizowała komiks jako taki i pokazała ludziom, że to nie musi być koniecznie historia o pakerze zakładającym czerwone majtki na niebieskie spodnie czy grubym, rudym kocie. Mroczna historia Morfeusza obfituje w liczne odniesienia mitologiczne i kulturowe oraz galerię fascynujących postaci drugoplanowych. Niektóre z nich doczekały się tzw. spin-offów, czyli komiksów nawiązujących do linii fabularnej innego komiksu. I właśnie o jednym z nich będę mówił, a konkretniej o „Lucyferze” autorstwa Mike’a Carey’a.

Historia zaczyna się niedługo po wydarzeniach z „Pory Mgieł” (5 tom Sandmana), kiedy to Lucyfer decyduje się opuścić piekło. Składa swój urząd, a Morfeusz odcina mu skrzydła. Tak więc na początku akcji dzieła Carey’a druga (po Jahwe) najpotężniejsza istota we Wszechświecie delektuje się winem w swoim pubie „Lux” i sporadycznie przygrywa na fortepianie jazzowe standardy. Do czasu, gdy w knajpie zjawia się anioł Amandiel, z propozycją nie do odrzucenia, od samego Boga. Wydarzenia pierwszego rozdziału pt. „Diabelska Alternatywa” opowiadają o misji Lucyfera i jego nagrodzie. Drugi rozdział, „Wróżba z sześciu kart” to historia wizyty Lucyfera w Hamburgu, złożonej w celu zasięgnięcia rady od magicznej talii kart Basanos. Ostatni, króciutki rozdzialik pierwszego tomu „Zrodzona z umaryłymi” to historia małej Elaine, która posiada niezwykłą umiejętność rozmawiania ze zmarłymi. Nie będę opowiadał o fabule drugiego i trzeciego tomu, gdyż musiałbym zdradzić przed potencjalnymi Czytelnikami za dużo sekretów tego dzieła. Powiem tylko, że w tomie drugim Lucyfer realizuje iście diaboliczny plan, w tomie trzecim pławi się w glorii i chwale, a w czwartym dostaje solidnego kopa. Niestety, jak do tej pory nie wydano w Polsce dalszych części „Lucyfera”, a jest ich łącznie aż 11. Pozostaje tylko Internet.

To jednak nie fabuła jest najważniejsza, a osoba głównego bohatera. Cóż można rzec? Lucyfera nie da się polubić, nie można się z nim zżyć – uczuciami towarzyszącymi obcowaniu z tym bohaterem są raczej szacunek i podziw. Szatan doskonale wykorzystuje swoją inteligencję, cynizm, wiedzę i potęgę, lawirując między różnymi układami i siłami. Potrafi wykorzystać do realizacji swoich celów zarówno wrogów, jak i przyjaciół – nie ma żadnych skrupułów przed czynieniem im niezbyt miłych rzeczy. Podstawową wartością jest dla niego indywidualizm, co zresztą było przyczyną jego konfliktu z Wszechmogącym. Przy okazji ma specyficzne poczucie humoru i charyzmę przez duże „Ch” – to chyba dzięki nim kibicujemy poczynaniom Niosącego Światło. Jego zdolności manipulacyjne, świetnie zaprezentowane przez naprawdę dobry scenariusz Carey’a, są godne podziwu. Moim faworytem w tej kwestii jest pierwsza historia drugiego tomu, „Dom O Komnatach Bez Okien”. Oczywiście, mamy też plejadę postaci drugoplanowych, na czele z zagadkową demonkę Mazikeen i zblazowanym cherubinem Gaudium. W komiksie występują jednak też bohaterowie ludzcy, z których moimi faworytami są związana z Basanos Jill Taylor i wspomniana wyżej Elaine. Carey czerpie garściami z twórczości Gaimana, rozstawiając figury na planszy w pozornie nieważnych historyjkach, by potem sięgnąć po nie i zaszachować czytelnika. Naprawdę, solidna robota. Jednak nie samym scenariuszem komiks stoi. Na szczęście rysunki stoją w „Lucyferze” na wysokim poziomie. Genialny jest w mojej opinii malarski styl Scotta Hamptona, bardzo podobają mi się też grafiki Petera Grossa , nie podchodzi mi natomiast twórczość Ryana Ormstona.

Cóż można rzec w podsumowaniu? „Lucyfer” jest dobrym komiksem. Dobrze napisanym, z paroma zgrzytami fabularnymi, świetnie narysowanym, z paroma zgrzytami ze zmianą autorów w trakcie rozdziału (potwornie irytujące), no i z fascynującym głównym bohaterem. Dobrze, że jednak można zdobyć w naszym kraju ambitne komiksy, gdyż te są nieznane w Polsce jak koszykówka w krainie Pigmejów. A więc, jeśli nie boisz się, gdy babcia straszy cię diabłem i piekłem, przeżyj przygodę z Lucyferem, Niosącym Światło.


(PS: Od czasu do czasu rzucę jakąś recenzją w tym stylu, z mojego przepastnego archiwum pisaniny, a aktualne aktualki (dziwnie brzmi, nie?) pojawiać się będą jeszcze sporadyczniej. Jeśli chcecie mi pomóc, wrzucajcie do komentarzy najlepsze postacie z reklam. Po co - stay tuned!)

sobota, 10 października 2009

XX MFK, Łódź, 2009 - ja kontra komiksy


Ciężko mi napisać o XX Międzynarodowym Festiwalu Gier i Komików coś konstruktywnego z paru powodów. Po pierwsze, byłem na takim festiwalu pierwszy raz, więc nie mam żadnego punktu odniesienia, żadnego porównania. W moim festiwalowym dziewictwie zawiera się też „po drugie” – po drugie, byłem tam jak przysłowiowe dziecko we mgle, nie wiedzące co ze sobą począć w obliczu… no właśnie. Czasami było aż za dużo rzeczy do zrobienia (autografy, prelekcje, spotkania), a czasem nie było nic interesującego. Jako komiksowy padawan nie wiedziałem też za dobrze, na co warto zwrócić szczególną uwagę, i ominąłem spotkanie z nieznanym mi wcześniej Peterem Milliganem, które podobno było jednym z jaśniejszych punktów festiwalu. No i po trzecie, miałem pecha być w Łodzi sam jak palec, co miało parę przewidzianych i nieprzewidzianych skutków. Środowisko komiksiarzy jest dość hermetyczne i osobie z zewnątrz ciężko się tam wbić. Wszyscy wydają się znać jak łyse konie, gadając to w mniejszych, to w większych grupkach. Jednak są to niezwykle sympatyczni ludzie – przykładowo, Konrad „koko” Okoński uratował mnie od losu bezdomnego (jeden ze skutków samotnego wojażu).

Jednak wrażenia z MFK wywiozłem bardzo pozytywne. Dobrze zorganizowany event, chwała im za to, że giełda była zaraz obok Łódzkiego Domu Kultury, w którym była większość prelekcji, kawiarenka i noclegownia. Kolejny punkt za gości zagranicznych – jestem zły na siebie, że nie chciało mi się stać w kolejce ani wybrać się na spotkanie z Ivanem Brunem, autorem fenomenalnego „Bez Komentarza” (recenzja niedługo). Jednak człowiek, dla którego w ogóle wybrałem się na MFK, nie zawiódł. Ramon Perez, autor „ButterNutSquasha” i „Kukuburi”, okazał się być przemiłym człowiekiem, z którym bardzo przyjemnie się rozmawia „face to face”, jak i słucha na prowadzonym przez kogoś spotkaniu. Ramon nie był może oblegany tak jak Rosiński i Bruno (z którymi dzielił stolik), ale był znacznie bardziej kontaktowy. No i jak on rysuje! Zdjęcie arta, który dla mnie wystrugał, możecie oglądać powyżej. Polscy webkomiksiarze też okazali się być naprawdę sympatyczni – Koko, Bele (który ukradł mi kapelusz), Macowiec, Godai…

Inne elementy festiwalu też zagrały – dość ciekawa prelekcja na temat Vertigo, impreza z rozdaniem nagród (choć na samym rozdaniu nie byłem, podobno sporo straciłem) i późniejszy koncert Cool Kids of Death (naprawdę srogi). Jednak dla mnie najważniejszym elementem festiwalu była giełda. Oferta była całkiem spora, jednak wielu rzeczy nie dostałem (potrzebnych mi Sandmanów, polskich Transmetropolitanów, Watchmenów, Wanted…).

Ale i tak się nakupiłem… Co prawda żałuję teraz, że paru rzeczy NIE kupiłem (Łauma!), to i tak czułem się usatysfakcjonowany. Sandmany, Hellblazery, 1602 (recenzja in progress), Bez Komentarza, Blacksad (wybitne rysunki, poluję na więcej!), Kolektyw, Butternutsquash (Booyah!), Scalped (jedyny angielski komiks, i jedyny jakiego jeszcze nie przeczytałem) i pierwsze Baśnie (zawód lekki). Tyle.

Ogólne wrażenia – bardzo pozytywne. Naprawdę konkretna impreza, a z roku na rok będzie dla mnie coraz lepiej – i więcej ludzi się zna, i więcej komiksów się zna, i się skacze, się pływa… Tylko czekać na Warszawskie Spotkania Komiksowe. A czekać będę!


PS: Sorry za przerwę, kolejnym bonusem z MFK był zalew zaległej roboty w szkole.

niedziela, 4 października 2009

HIMYM

Cześć. Nazywam się Olek.

Cześć Olek.

Mam 17 lat i mam problem z uzależnieniem.

Jesteśmy z Tobą. Opowiedz nam o swoim problemie.

Od dwóch tygodni muszę codziennie przyjmować coraz większe dawki. Mój narkotyk nazywa się HIMYM. To skrót od How I Met Your Mother, serialu wyprodukowanego przez stację CBS.

Powiedz nam, w ramach przestrogi, jak rozpoznać tą bestię?

„HIMYM” to historia, którą z perspektywy 2030 roku Ted Mosby, główny bohater, opowiada swoim dzieciom. Historia o tym, jak poznał ich matkę. Głównymi postaciami w tej opowieści są – jego najlepszy przyjaciel, Marshall; jego żona, Lily; nie do końca spełniona miłość Teda, Robin i zapoznany w dość dziwnych okolicznościach Barney. Akcja sitcomu dzieje się w Nowym Yorku, głównie w mieszkaniu Teda i Marshalla oraz w ich ulubionym barze.
Opisz nam teraz działanie narkotyku, i jego cechy szczególne.

Narkotyk jest silnie uzależniający z paru powodów. Po pierwsze, skutkuje niepohamowaną wesołością. Jest to zapewne spowodowane niezwykłą wręcz ilością komicznych sytuacji. Jego twórcy świetnie wykorzystują możliwości, jakie daje im pomysł prowadzenia historii jako czyjejś opowieści. Mogą swobodnie wrzucać krótkie wspominki, żonglować strukturą narracyjną, podążać za paroma postaciami na raz, pokazywać sytuacje z różnych punktów widzenia, a nawet wprowadzać futurospekcje. Scenariusz jest fantastyczny – akcja biegnie wartko, cały czas coś się dzieje, postacie rozwijają się w miarę akcji serialu, poznajemy coraz więcej ich nawyków, dziwactw czy fobii, tak samo jak rozwijają się relacje między postaciami. Jest parę nawiązań popkulturowych („Pulp Fiction”, „Big Lebowski”, „Star Wars” – jestem w niebie!) i cały stos rzeczy, które chcesz pokazać znajomym i przyjąć do swojego życia (Charakterystyczne zwroty, cytaty, teorie Barneya i mnóstwo unikalnych sposobów na przybijanie piątki to tylko wierzchołek góry lodowej). Drugim powodem jest odmienność tego narkotyku od innych. W większości podobnych środków (pochodne komedii romantycznych, bardzo popularny) mamy schemat – chłopak poznaje dziewczynę i próbuje ją zdobyć, mimo przeciwności losu czy wad swojego charakteru. Tutaj mamy zupełnie inną sytuację, w której Ted jest młody, bystry, przystojny, świetnie sobie radzi z dziewczynami, ale poszukuje „tej jedynej”. Oczywiście, gatunkowe klisze bywają wykorzystywane, jednak taka formuła wprowadza do serialu świeżość. I trzeci, najbardziej uzależniający czynnik – postacie. Ted jest tu głównie motorem napędowym fabuły, więc o dziwo jest to chyba najmniej interesująca postać (co nadrabia scenariusz i wszystkie przypadki spotykające biedaka). Marshall to kochający Lily dobrotliwy osiłek, chcący zostać prawnikiem ochraniającym środowisko. Jego dziewczyna z kolei to przemiła przedszkolanka, której marzeniem jest zostać sławną malarką. Robin stoi mocno na obu nogach, i w przeciwieństwie do Teda ani myśli o założeniu rodziny. Natomiast Barney… No właśnie, Barney. Ta postać to coś, co czyni ten środek niezwykłym. Stale ubrany w garnitur, przystojny ekstrawertyk, którego podstawowym celem w życiu jest zdobycie jak największej ilości pięknych kobiet. Brzmi nudno? Dodajmy do tego niezwykłą żądzę przygody, karkołomne plany, masę fenomenalnych „one-linerów”, czyli charakterystycznych odzywek, i powalającą na kolana charyzmę. Zdecydowany gwóźdź programu.

Czy ów narkotyk jest do czegoś podobny?

Tak, „HIMYM” może się wydawać podobne do innego owianego złą sławą środka psychoaktywnego, znanego jako „Przyjaciele”. Jednak jest to bardzo duże uproszczenie – nie chodzi o moc, bo ta jest porównywalna i zależy od osoby zażywającej. „HIMYM” jest narkotykiem obliczonym na dzisiejsze czasy i na dzisiejsze potencjalne ofiary, przez co jest tak niesamowicie atrakcyjny.

Jakieś słowo na koniec?

Unikajcie HIMYM. To niezwykle uzależniająca używka, dająca niezwykłą przyjemność, wkradająca się i powoli przejmująca kontrolę nad waszym życiem. Ani się obejrzycie, a będziecie cytować Barneya i przybijać High Five. Pamiętajcie – ostrzegałem was.


(Next - relacja z MFK!)

piątek, 2 października 2009

Bękarty Kina

Premiera kolejnego filmu Quentina Tarantino to nie jest wydarzenie, obok którego można przejść obojętnie. Zwłaszcza, jeśli mamy do czynienia z filmem Quentina Tarantino o drugiej wojnie światowej. Przed pierwszym pokazem w Cannes słychać było głosy „To się nie może udać”, jak również „To się nie może nie udać”, z tym że drugich było znacznie więcej. Jak jest naprawdę?

Jest znakomicie. Twórca „Pulp Fiction” prezentuje nam nową porcję świetnego kina, w której zarówno przywołuje klasyczne dla siebie motywy, jak i pokazuje nam się z zupełnie innej strony. I zaskakuje. Zacznijmy jednak od podstaw.

Fabuła „Bękartów Wojny” kręci się wokół trzech postaci – damą w tym gronie jest Shoshanna Dreyfus (Melanie Laurent), młoda Żydówka, która jako jedyna przeżywa masakrę jej rodziny, dokonaną przez pułkownika SS Franza Landę (Christopher Waltz), głównego antagonistę, w prologu. Ostatnim z bohaterów jest porucznik Aldo Raine (Brad Pitt), który organizuje grupę ośmiu amerykańskich żołnierzy żydowskiego pochodzenia, gotowych wziąć udział w niezwykle niebezpiecznej misji – działaniach partyzanckich za liniami nazistów we Francji. Ich celem jest jedno – zabić jak najwięcej faszystów. Trzy lata później, w roku 1944 Shoshanna pod przybranym nazwiskiem jest szefową kina. Zakochany w niej niemiecki bohater wojenny (Daniel Bruhl) wplątuje ją w organizację uroczystej premiery najnowszego „dzieła” niemieckiej propagandy. Żydówka postanawia wykorzystać tą okazję do zemsty na nazistach. Jednak nie tylko ona wpada na pomysł sabotażu.

Przed seansem męczyło mnie jedno pytanie – „Jak Quentin pokaże wojnę?”. Odpowiedź brzmi – jak niezłe kino. Dosłownie i w przenośni. Fabuła „Bękartów” kręci się wokół kina, bohaterowie mówią o kinie, a akcja dzieje się… cóż, w kinie. Ten film to swoisty manifest wielkiej miłości, jaką Tarantino darzy kinematografię. Popatrzmy na postacie –szpiegiem na usługach Wielkiej Brytanii jest niemiecka gwiazda filmowa, agent w służbie Jej Królewskiej Mości jest filmoznawcą, a niemiecki bohater wojenny gra główną rolę w filmie o swoich „dokonaniach”. Wsłuchajmy się w dialogi – wszędzie mamy nawiązania, bardziej lub mniej dosłowne, do innych filmów. Czy to spaghetti westerny Sergio Leone, czy filmy Leni Riefenstahl, czy… O oczywistościach, jak ostatnia scena w kinie, nie będę pisał.

Z drugiej strony, po raz kolejny możemy obserwować, z jaką lubością Tarantino bawi się w kino. Stworzył grupę przerysowanych, niemalże wyjętych z komiksu postaci, postawił na ich czele trochę stukniętego porucznika z wąsem i komicznym akcentem, nadał im odjazdowe ksywki i kazał zabijać Niemców, a po drugiej stronie barykady ustawił niemiecką wersję Sherlocka Holmesa, który poza gigantyczną fajką i intelektem ma w arsenale poczucie humoru, cynizm i bezwzględność. Postacie to zdecydowanie najmocniejsza strona filmu – zarówno te główne, jak Raine i Landa, jak również te drugoplanowe, jak Donny Donowitz czy Hugo Stiglitz. Świetnie rozwiązany jest też inny problem, z jakim stanął reżyser filmu wojennego – jak pokazać rzeczywiste postaci. Tu jednak Quentin nie miał chyba problemów, bo Hitler i Goebbels są jak żywcem wyjęci z mózgu Tarantino. A przy okazji niepokojąco wiarygodni. Jednak wielkie brawa powinni otrzymać wykonawcy tych ról, gdyż wszyscy sprawili się na medal, ze szczególnym wyróżnieniem Pitta, Laurent i zjawiskowego Waltza.

Inną cechą tego filmu jest jego swoista dojrzałość. Tarantino nie jest już „cudownym dzieckiem” kina. To świadomy siebie i swoich umiejętności reżyser, który świetnie nad wszystkim panuje. Widać, że wszystkie sekwencje są głęboko przemyślane i że nie ma w nich niepotrzebnych ujęć. Realizacja – bez zarzutu. Jeszcze tylko dodam małą laurkę dla genialnej muzyki – mała perełka. Niestety, było parę zgrzytów, i to w elemencie do tej pory najlepszym w filmach reżysera „Pulp Fiction” – w scenariuszu. Oczywiście, dialogi są świetne, są sceny zapadające w pamięć i wspominane w gronie znajomych (język włoski!), jednak zdarzają się dłużyzny, zwłaszcza w scenach z Shoshanną. Nie do końca został też wykorzystany potencjał genialnego w swojej prostocie pomysłu z komando żydowskich zabijaków. Za mało jest też Landy. Za mało… I tak można wymieniać.

A może to właśnie, paradoksalnie, świadczy o wielkości filmu? Że jest tyle scen, które chcielibyśmy w nim zobaczyć, że kiedy film się kończy, jesteśmy źli, że nie ma więcej? Nowy film Tarantino jest jak obiad w dobrej restauracji – jest cudowny kiedy go jesz, jesteś najedzony, ale masz wrażenie, że mogłoby być trochę więcej. Quentin skonfrontował w tym filmie fanów kina i postacie żywcem z ekranu. W niewiele ponad dwie godziny pokazuje nam, co to jest magia kina, i co on o niej sądzi. A wszystko dawno, dawno temu… w okupowanej przez nazistów Francji…